środa, 29 stycznia 2014

Rozdział 4 - Dziwny Przybysz

Harry wykończony tym wszystkim powrócił do domu. Zauważył że ktoś siedzi w jego krześle przy kominku. Uniósł wysoko różdżkę i podszedł. Mężczyzna odwrócił powoli swoją starą ogromną głowę. Harry nadal był wgapiony w jego łepetynę. Facet spojrzał na niego jakby znali się od wieków.
-Kim jesteś i co robisz w moim domu!?
Mężczyzna nadal się patrzył i Harry zobaczył wtedy jak jego twarz się wydłuża i robi się chudsza. Jego ogromny haczykowaty nos zmienił się w mały, prosty nochal. Zamiast zmarszczek pojawiły się piegi, a jego włosy zmieniły barwę na rudy. Harry kiedy podszedł bliżej, nadal nie opuszczając różdżki zobaczył, że i jego ciało stało się chudsze i stał się wyższy. Rudzielec nie wytrzymał i krzyknął:
-Długo będziesz mnie tak oglądał?! Bo czuję się trochę niezręcznie!
-Jasne....Em...Kim ty w ogóle jesteś? I kto powiedział ci gdzie mieszkam?
- Myślałem, ze nigdy nie oderwiesz ode mnie wzroku. Jestem Wolly. A ty to pewnie Harry Potter?
- Tak. Skąd wiesz, że tu mieszkam i kto cie t wpuścił?!
- Hm...Pamiętasz Kingsley'a?
- Naturalnie, ale co to ma wspólnego z tym kto cie tu wpuścił i skąd wiesz gdzie mieszkam? - powtórzył Harry
- To właśnie on zlecił mi przyjście do ciebie udawając.....Mugola. Chciał zobaczyć jak zareagujesz na pobyt mugola w twoim domu....Widzę jednak, ze przejąłeś się bardziej moim wyglądem niż samym moim przyjściem tutaj.....
- CO?!
- Nie przesłyszałeś się...Wolisz jak zwraca ci się po imieniu czy nazwisku?
- Obojętnie ale co wspólnego z tym?
- Nic. Po prost chcę wiedzieć jak się do ciebie zwracać w razie jak bym powiedział do ciebie inaczej niż sobie życzysz a ty byś mnie wywalił za drzwi
- Nie wywalę cie za drzwi KRETYNIE - powiedział, a ostatnie słowo po prostu wykrzyczał
- O tym mówię. Powiedział mi gdzie mieszkasz jak mogłeś się domyślić Minister Magii. Powiedział na jaką ulicę mam się aportować,a przy okazji to Ron cię pozdrawia. Więc o czym ja tam mówiłem...a tak. Dostałem się tutaj, a przynajmniej próbowałem się tu dostać na różne sposoby. Najpierw pomyślałem jak mugole i po prosu zapukałem. Po 30 minutach nie doczekałem się nikogo prócz cholernego kundla który mnie prawie pogryzł na śmierć! Dobrze, że miałem ten eliksir...Później chciałem się aportować, ale nagle wielki tłum pojawił się na tej cichej i "spokojnej ulicy" . Następnie doszedłem do wniosku, że to się nie uda i wemknąłem się po cichu do twojego ogrodu. Spodziewałem się, że masz w nim tylne wyjście. Niestety myliłem się. Wyszedłem z ogrodu jak najprędzej, bo znowu tłum ludzi się zebrał. Znowu podszedłem do drzwi i usiadłem naprzeciwko nich plecami. Nagle poczułem, że spadam. Spojrzałem za siebie i nie wierzyłem własnym oczom! Taki wielki czarodziej nie zamyka drzwi! Wszedłem udając, że wszystko OK i Usiadłem przy kominku. A! I nie zdziw się kiedy zauważysz, że czegoś brakuje w lodówce. Zgłodniałem trochę i zjadłem kilka pasztecików. Ty je robisz? Jeśli tak to były nieziemskie. To chyba tyle. Masz jeszcze jakieś pytania? Jeśli nie to pozwolisz, że się zdrzemnę? Jestem wykończony!
Harry cierpliwie znosił jego słowa, a na koniec pokiwał głową co miało oznaczać TAK. Lecz po chwili go obudził.
- CZEGO TY DO CHOLERY ZNOWU CHCESZ?! - ryknął Wolly.
- Chciałem się zapytać po co używałeś eliksiru wielosokowego jeśli cie nie znam?
Wolly ciężko westchnął i wytłumaczył mu, że do cholery inaczej by pomyślał, że przyszedł do niego rudzielec i czegoś oczekuje uśmiechając się.
Harry znowu pozwolił mu spać, lecz tym razem nie zadawał dodatkowych pytań. Myślał tylko co pomyśli Ginny wchodząca do domu po ciężkim meczu z Włoską drużyną. Po chwili uspokoił sie bo do głowy wpadł mu paskudny pomysł, aby zawinąć prześcieradłem mężczyznę i wyrzucić na ulicę lub przynieść do ministerstwa, albo co gorsze rzucić z najwyższej wieży w Hogwarcie i pokazać każdemu aby z nim nie zadzierał. Nagle weszła Ginny.
- KIM DO CHOLERY JEST TEN FACET?!!- ryknęła
--------------------------------------------------------------------------------------------
Mam nadzieję, że rozdział się spodobał i skomentujecie go :) //NOX

środa, 22 stycznia 2014

Rozdział IV - "Tiara Przydziału" /Draconis



 Rozdział IV - "Tiara Przydziału"



Hagrid pierwszy wyszedł z łódki - Czy wszyscy są? Za mną.
Ruszył przodem, co chwila obracając się do tyłu, czy dzieci idą za nim. Szli długim, kamiennym tunelem, gdzie na ścianach co kilka metrów wisiala pochodnia. W tunelu było przeraźliwie zimno, co wraz z przemarzniętymi i mokrymi uczniami spowodowały ciągłe kichnięcia. Albus Severus, dla przykładu, kichnął aż dziewięć razy.
Na szczęście długość tunelu nie była przerażająca, więc niedługo zobaczyli malutkie światełko na szarym końcu. Gdy do niego dotarli, okazało się, że stoją przy bramie do Hogwartu.
- Tu dzieciaki kończy się moja rola - powiedział Hagrid i położył ręce na pasie. Schylił się do Albusa Severusa - Na pewno trafisz tam, gdzie chcesz. Trzymam za ciebie kciuki - wyciągnął zaciśnięte ręce przed chłopca i poklepał po ramieniu. Al lekko się uśmiechnął.
- Dziękuję ci, Hagridzie za przyprowadzenie chłopców do mnie - odezwał się cichy głosik.
Uwaga uczniów została rozproszona i rozglądali się teraz do okoła z kim mają do czynienia. Zapadał zmrok i robiła się coraz większa mgła. Dookoła szumiały drzewa w Zakazanym Lesie. A na niebie nadciągała kolejna porcja chmur.
- Siemasz, Filiusie. Trochę popadało, co?
- A żebyś wiedział, Hagridzie. No cóż, taka pora roku. Dobrze... dzieci za mną! - mały człowieczek stanął pod światłem lampy i popatrzył się na tłum małych czarodziejów, którzy nie wiedzieli czy mają iść czy nie. - No co tak stoicie? Zaraz się spóźnimy na uroczystość w Wielkiej Sali. - spojrzał na zegarek.
Dzieci ruszyły w stronę zamku idąc za małym, choć nie młodym czarodziejem, który szedł szybciej niż to możliwe.
- Ja... już.... nie mam siły - wydyszała Rose Weasley, która była jednocześnie przemoczona, zziębnięta i spocona.
- Dasz radę - odparł Albus Severus z gulą w gardle. Wciąż przecież obawiał się Tiary Przydziału. Wciąż myślał co by się stało, gdyby trafił do Slytherinu. "Ale tak się przecież nie stanie. Cała moja rodzina była Gryfonami, więc i ja nie mogę być w innym domu. Bądź dobrej myśli" - mówił sobie.
Gdy zbliżali się w stronę zamku wiatr stopniowo uciszał się, aż w końcu było słychać tylko tupot małych stóp dzieci i ich nierówne oddechy.
Dotarli do wrót Hogwartu. Profesor Flitwick otworzył drzwi, a oczom dzieci ukazało się duże pomieszczenie bez okien i całkiem puste.
- Zaczekajcie tutaj wszyscy. Za chwilę zacznie się Ceremonia Tiary Przydziału, po której nastąpi uroczysta kolacja i będziecie mogli rozejść się do swoich pokoi wspólnych. W waszych dormitoriach znajdziecie obok łóżek swoje kufry oraz zwierzęta. Wszystko jasne? Aa i nazywam się Profesor Flitwick, będę was uczył Zaklęć. Zaraz wracam - wyrecytował mały człowieczek i opuścił salę przez drugie drzwi.
- Więc z przebrania nici - Rose próbowała ułożyć swoje zazwyczaj niesforne włosy, które teraz mokre przylegały do jej głowy. - Aaapsik
- Na zdrowie - Rose spojrzała na wysokiego, niezwykle chudego chłopca o dużych, niebieskich oczach.
- Dzięki.
- Ciekawe jak to wszystko będzie wyglądało. Słyszałem od osób - rozejrzał się po sali - że tam są prawdziwe duchy - wskazał na drzwi, za którymi zniknął profesor Flitwick.
- Tak, to prawda. Moi rodzice mówili mi, że każdy duch jest opiekunem danego domu. Ale nie trzeba się ich bać, bo to na prawdę przyjazne istoty. No może z wyjątkiem Krwawego Barona, który jest... Aaaa! Co jest?! - Nagle, mimo iż byli w pomieszczeniu zaczął siąpić deszcz. Wszyscy spojrzeli do góry i zobaczyli jednego z duchów. Był cały przezroczysty, jednak kontury jego ciała były widoczne. Na twarzy miał złowieszczy uśmieszek - Irytek dzisiaj sprawi, że będzie siąpić na nich! - śpiewał. Obrócił się w powietrzu trzy razy i ruszył na tłum pierwszoroczniaków. Wszyscy gwałtownie odskoczyli i chcieli się schować przed atakiem ducha, jednak nie zdążlyli. Albus Severus poczuł jak przez niego przechodzi. Zrobiło mu się lodowato a z ust poleciała para, która powstaje zwykle, gdy przebywa się na mroźnym powietrzu.
- IRYTKU! - drzwi gwałtownie się otworzyły i wszedł przez nie szybkim krokiem profesor Flitwick - Zostaw ich w spokoju i wynoś się!
Duch znów obrócił się w powietrzu, pokazał język nauczycielowi i odpłynął przez ścianę. - Poznaliście właśnie Irytka, polergeista. Jest to bardzo uciążliwy duch, bo ciągle psoci. Może w końcu przekonam dyrektor McGonagall, żeby w końcu usunęla go z Hogwartu. Ale bez pogawędek, idziemy. Szybciej, bo się spóźnimy.
Profesor Flitwick otworzył brązowe drzwi i wszystkim ukazała się Wielka Sala. Była ogromna, na środku stały cztery długie stoły, przy których siedzieli już uczniowie. Wszędzie zapalone były świece, które wisiały w powietrzu. Na końcu ustawiony był długi stół, przy którym siedzieli profesorowie. W centralnym miejscu, miejscu, które należało kiedyś do Albusa Dumbledora siedziała teraz wysoka kobieta z brązowymi włosami spiętymi w kok. Na nosie miała małe okulary, a ubrana była w fioletową szatę.
- No, dzieci. Ustawcie się w dwa szeregi. No szybciej! Ruszamy. - ruszyli prosto przed siebie po marmurowych kafelkach.
Albus Severus wyglądał co jakiś czas zza tęgiego chłopca, który szedł przed nim, ale nic nie mógł zobaczyć. Zatrzymali się w centralnym miejscu sali. Albusa oblał zimny pot. Zobaczył bowiem krzesło, obok którego na małym, okrągłym stoliku spoczywał kapelusz czarodzieja.
- Słuchajcie mnie uważnie wszyscy - powiedział Flitwick - To jest Tiara Przydziału - wskazał palcem na kapelusz. - Teraz będę wyczytywał nazwiska alfabetycznie i osoba, którą wyczytam usiądzie na tym krześle, a ja włożę na jej głowę Tiarę Przydziału. Wszystko jasne? - wszyscy, łącznie z Rose, Lilith, które Albus zobaczył w drugim rzędzie, pokiwali głowami na znak, że wszystko zrozumieli.
Flitwick podszedł na starego kapelusza, wyjął z kieszeni listę, która rozwinęła się i potoczyła się jeszcze z 3 metry dalej.
Al poczuł, że cały drży. "Tylko bez paniki" - powtarzał sobie w myślach.
- Aarrow, Anastasia - krzyknął Flitwick i mała, ciemnowłosa dziewczynka z rzędu Albusa ruszyła w stronę Tiary. Usiadła na wskazanym miejscu i nałożono jej na głowę słynną Tiarę Przydziału. Kapelusz zsunął się aż na jej nos. W całej sali zrobiło się cicho, aż nagle Tiara krzyknęła - GRYFFINDOR!!! Stół po lewej stronie przy nauczycielach zaczął wiwatować i gwizdać, a Anastasia Arrow ruszyła w tamtą stronę. Al zobaczył przy stole swojego brata Jamesa, gdzie po jego dwóch stronach siedzieli dwaj chłopcy bardzo różniący się od siebie. Jeden przypominał Indianina, a czupryna drugiego rzucała się w oczy wszystkim siedzącym na sali. Albus Severus aż stąd mógł widzieć jego twarz pokrytą piegami. 
- Agrippa, Sven - w stronę profesora ruszył chłopiec, który rozmawiał wcześniej z Rose. Przewyższał wzrostem wszystkich pierwszoroczniaków, a jego brązowe, kręcone włosy zdawały się żyć własnym życiem. Tak jak poprzednio Anastasia Sven usiadł i po chwili na jego głowie znalazła się Tiara. - RAVENCLAW!!! - Tym razem odezwał się stół znajdujący się najbliżej drzwi po prawej stronie. Sven dołączył do grupy już tam siedzącej.
- Agrippa, Effie - rozgrzmiał głos a Rose powiedziała coś na ucho Lilith - GRYFFINDOR!!!
- Bellamort, Emily - profesor Flitwick wyczytał kolejne imię - A Albusowi przyspieszył puls - SLYTHERIN!!!
Al spojrzał się w stronę Rose i Lilith i zobaczył na ich twarzach zdenerwowanie. Nie tylko on bał się, że nie dostanie się tam gdzie chciał. Pyzaty chłopiec przed nim zadrżał, gdy usłyszał "Crabbe, Marcus". Dostał się do Slytherinu. Po nim trzy dziewczynki "Darcy, Anna", "Earl, Edyta" i "Focus, Fancy" przeszły do Hufflepuffu.
- Hope, Lilith - Albus odwrócił się w stronę dziewczyn. Lilith podeszła do Tiary z niepewną miną. Dziewczynka długo siedziała na krześle aż wreszcie: - GRYFFINDOR!!!
Coraz mniej dzieci pozostawało w rzędach. Słychać było tylko co jakiś czas: SLYTHERIN!!!, HUFFLEPUFF!!!, GRYFFINDOR!!!, RAVENCLAW!!!.
- Malfoy, Scorpius - Albus popatrzył jak jasnowłosy chłopak idzie żywym krokiem. Tata opowiadał mu o jego ojcu, Draconie. Byli w tym samym wieku, z tym że trafili do różnych domów. Przez całą naukę w Hogwarcie nienawidzili się, ale Harry Potter mówił później, że po Bitwie o Hogwart Draco zmienił się nie tyle co w stosunku do innych, o ile do samego siebie. Ale nigdy nie utrzymywali kontaktu.
- SLYTHERIN!!!
Chłopiec poczuł, że zbiera mu się na wymioty. Spojrzał jeszcze raz w stronę stołu, przy którym siedział jego brat. Rozmawiał właśnie z ciemnowłosym chłopcem po jego prawej stronie i pokazywał na Albusa. Gdy profesor Flitwick przeszedł do litery P, małemu potomkowi Chłopca, który Przeżyl przewrócił się żołądek.
- Parkinson, Melody - SLYTHERIN!!!
- Perkins, Toby - RAVENCLAW!!!
- Potter, Albus - Albus wyszedł z szeregu. Kątem oka zobaczył, że Rose Weasley trzyma za niego kciuki. Gdy zbliżał się do profesora Flitwicka zakręciło mu się w głowie i myślał, że zaraz upadnie, ale zdołał usiąść na krześle. Popatrzył się do okoła i zobaczył, że wszyscy się na niego patrzą. Łącznie z profesorami. Zrobiło się ciemno, a Tiara spadła mu aż na nos. "Tylko nie Slytherin" - myślał głośno.
- "Tylko nie Slytherin, co? Już to gdzieś słyszałam" - odpowiedziała Tiara Przydziału. - "Jesteś synem Harry'ego Pottera, hę?"
- "Tak".
- "I pewnie chcesz być w Gryffindorze, tak jak twój ojciec?"
- "Tt..tak"
- "Taak, masz w sobie cechy prawdziwego Gryfona, ale w Slytherinie jest twoje miejsce, kolego. W Domu Salazara Slytherina osiągniesz coś wielkiego. Osiągniesz swój cel i tym samym spełnisz swój sens istnienia".
- "Aaale jak to? Ja chcę być w Gryffindorze. Nie chcę być w Slytherinie."
- "Slytherin da ci wszystko, czego oczekuje od ciebie twoja przyszłość. W Gryffindorze twoja rodzina osiągnęła już wszystko. Nie mogę cię zmusić, ani podjąć za ciebię decyzji. Twoje istnienie może dopełnić to, co jest ci pisane i w Gryffindorze, z tym że będzie to trudniejsze do wykonania. Czy aby na pewno chcesz być w tym domu?"
- "Tak, jestem pewien."
- "Ech, no więc dobrze." - GRYFFINDOR!!!
Albusowi Severusowi zdjęto Tiarę i zmrużył oczy od blasku oświetlenia. Kilka Gryfonów powstało, w tym James Syriusz, i zaczęli bić brawo. Al usiadł przy swoim bracie, a rudzielec obok poklepał go po plecach z uśmiechem na ustach. Chłopiec wreszcie odetchnął z ulgą. Jest wreszcie tutaj, gdzie chciał być.
- Gratulacje, witaj wśród Gryfonów. - James uśmiechnął się. Al odwzajemnił uśmiech. Ale pozostała jeszcze tylko kwestia tego, gdzie trafi Rose.
- Weasley, Rose - Albus, tak jak wcześniej jego przyjaciółka, zacisnął dłonie w piąstki. - GRYFFINDOR!!!
Rose prawie biegnąc dotarła do stołu.
- Widzisz? Udało się - odparła rezolutnie.
Profesor Flitwick przeczytał jeszcze "Xeverly, Astrid", "Zabini, Mike" oraz "Zemeckis, Paul", po czym zwinął kartkę.

Profesor McGonagall wstała i skierowała uwagę na wszystkich uczniów. - Witam was wszystkich w nowym roku szkolnym w Hogwarcie. Chciałabym wyjątkowo powitać pierwszorocznych oraz poinstruować, że jak co roku samodzielne wycieczki do Zakazanego Lasu są zakazane. Po 22.00 obowiązuje was zakaz wychodzenia z Pokoi Wspólnych. Kto się do tego nie dostosuje, na tego czeka kara. Wszelkie szczegóły regulaminu przekażą wam prefekci domów. A teraz zaczynajmy ucztę - klasnęła w dłonie a na stołach zazłociło się od złotych naczyń, na których poustawiane były same smakołyki. Od kawałków kurczaka - do których od razu dobrał się James - zaczynając, a na koreczkach śledziowych kończąc.
Albus Severus nałożył sobie na talerz wszystkiego po trochu i zaczął pałaszować.
- Ehhh - westchnęła Rose.
- Zzośś zię stałoo? - zapytał James z pełna buzią mięsa.
- Nic... Ja po prostu nie mogę uwierzyć, że tu jestem. I to wszystko jest takie piękne. - podniosła głowę - O. Popatrzcie chociażby na sufit. Wygląda jakby w ogóle go nie było; to przecież iluzja nieba z tymi wszystkimi gwiazdami. - rozmarzyła się, ale zaraz oprzytomniała - Kto jest prefektem?
- Ja - uśmiechnął się do niej półgębkiem ciemnowłosy chłopak, który siedział obok Jamesa. - Jestem Desum Morgan, a to jest mój brat, Caries - wskazał na chłopca z pomarańczową czupryną, który pochłaniał ogromne ilości ryby i frytek.
- Miło cię poznać. Ja jestem Rose Weasley, a to jest Lilith Hope - Desum spojrzał na blondwłosą dziewczynę, a źrenice mu się rozszerzyły. - Albusa pewnie już znacie. Mam parę pytać co do regulaminu...
- Po kolacji wszystko ci wyjaśnię - Desum puścił oczko do Rose, a ta się zaczerwieniła i zaczęła konsumpcję.
Gdy wszyscy z pełnymi brzuchami skończyli delektować się daniami, na stole pojawił się deser.
- Ciasto cytrynowe! No tego nie odmówię - James nakładał już sobie wielki kawałek.
Po kolacji wszyscy udali się za prefektami poszczególnych domów.
- Wejście do naszego pokoju strzeże portret Grubej Damy na 7. piętrze. Musimy dojść aż na samą górę - Desum wskazał szczyt, a wszyscy spojrzeli do góry i zobaczyli tysiące przesuwających się schodów, wokół których wisiało tysiące obrazów. Postaci na wszystkich obrazach się ruszały. - Uwaga jak wchodzicie, bo w niektórych schodach są dziury i może komuś utknąć noga. - Ledwo zdążył to powiedzieć, a jakiemuś chłopcu w okularach właśnie wsadził stopę w dziurę.
- Zapamiętajcie, hasło to: argentum lunae - Gruba Dama odsunęła się i ukazało się przejście do Dormitorium. Było to małe, okrągłe pomieszczenie z różnymi poruszającymi się obrazami. Przy ścianie przy wejściu umiejscowiony był kominek, a obok stala brązowa kanapa, stół i trzy fotele. Po drugiej stronie stala biblioteczka, obok stolik i pufa.
- Tędy schodami wejdziecie do swoich sypialni. Wasze rzeczy już tam są. Dziewczyny na lewno, panowie na prawo. Oczywiście nie można wchodzi do nieswoich sypialni. A tutaj na tablicy macie wywieszony regulamin. Niech każdy się z nim zapozna dzisiaj albo ewentualnie jutro z rana. Jeżeli są do mnie jakieś pytania to proszę tutaj - Desum rozsiadł się na kanapie. Rose od razu przysiadła się obok i zalała go falą pytań.
- Idziesz? - spytał James z nogą na schodku.
Al podążył za bratem. - Mamy wspólny pokój?
- Tak, obiecałem Danielowi 10 czekoladowych żab za to, żeby oddał ci swoje miejsce. Zazwyczaj pierwszoroczni śpią razem, ale nie chcę, żebyś się bał beze mnie  - na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmieszek, ale Albus nie dał się sprowokować i tylko pokręcił oczami. - Dormitorium dzielimy razem z Desumem i Cariesem, a także z Andym Bachem. Andy to fajny kumpel, nie rozstaje się z kamerą. No wiesz, z taką mugolską rzeczą...
- Jamie, wiem co to jest kamera.
- Nie mów na mnie Jamie - zazgrzytał zębami starszy z braci i otworzył drzwi. W środku siedział po turecku już Caries i przeglądał "Proroka Codziennego". Pomieszczenie także było okrągłe. Do okoła stało 5 łóżek - każde z kotarą, którą można było odizolować się od innych ludzi. Przy każdym łóżku było male kwadratowe okno, a pod oknem stała nocna szafeczka z lampką. Na środku stał piecyk, w którym teraz buchał ogień. 
- Masz łóżko koło mnie. Flames już tu jest. Nie wiem jak ty, ale ja już jestem śpiący - ziewnął James.
Albus Severus wypuścił swoją sowę na nocne łowy, a sam przebrał się i położył do łóżka. Długo nie mógł zasnąć po dzisiejszych przeżyciach, ale w końcu i jego dopadło znużenie. Jutro przecież zaczynają się pierwsze zajęcia.

/ Draconis

sobota, 18 stycznia 2014

Praca w ministerstwie

Była piękna, słoneczna sobota. Mugole pędzili po uliczkach do pracy. Niektórzy krzyczeli do samochodów, które jechały na tz. Mugolskiej drodze. Wszędzie był chaos. Jechały tramwaje, pociągi... rowery. Z drzew sypały się różnokolorowe liście i rosły pąki.
-Pięknie co? - Zapytał Harry Johna Dawilisha, który cudem został w ministerstwie jako auror.
-Gdybym mógł tylko spędzić taki dzień z żoną...-odpowiedział
-Nie przesadzaj! Na pewno sobie kogoś znajdziesz. - powiedział Harry
Kiedy John pokiwał głową wpadł do sali biały list, który się uniósł i powiedział:
Drogi panie Johnie Dawilish! Pan Minister Magii, Kingsley Shackelbolt chcę się z tobą zobaczyć w pana biurze na piętrze czwartym. Dziękuję.
John westchnął i poszedł do biura z mizerniałą miną. Po kilku minutach ten sam list dostał Harry Potter i poszedł w docelowe miejsce.
***
Do pokoju weszła kobieta. Stanęła przed biurem i chrząknęła. Kobieta za biurkiem popatrzyła na nią i się zdziwiła. Ujrzała tam szatynkę z lekkim uśmiechem, ubraną w czarną spódnicę i białe paski oraz czarną marynarkę. 
-Hermiona!-krzyknęła blondo-włosa.
-Tak! Pamiętasz mnie jeszcze!-odwzajemniła krzyknięciem.
-Czemu tu jesteś? Miałaś być we Francji! Wyrzucili cię z pracy? Kiedy tu przybyłaś? Od kiedy tu jesteś? Ktoś jeszcze wie że tu jesteś? Jak długo tu zostaniesz? Co z twoim psem? - kobieta zasypywała Hermionę pytaniami.
-Jestem tutaj, ponieważ minister magii chciał abym przyjechała. Nie wyrzucili mnie z pracy, sama chciałam nawet przyjechać. Przybyłam do Anglii godzinę temu, a tu jestem od kilku minut. Wie że tu jestem tylko na razie ty. Myślę że zostanę tutaj na zawsze. Chwila...Jakim Psem?! -dziewczyna odpowiadała na wszystkie pytania jednym tchem.
-Może kawy?-zapytała znowu kobieta.
Hermiona pokiwała głową twierdząco, usiadła na stołku i wzięła kubek z kawą. Rozmawiały ze sobą godzinę, bo przyszedł jakiś facet, którego szatynka nie rozpoznała i powiedział aby kobieta zza lady poszła z nim. po kilku minutach znowu ktoś przyszedł. To był mężczyzna, którego Hermiona nigdy by nie rozpoznała. Miał rude włosy i siwy garnitur. 
-Ron?!-krzyknęła do rudzielca. 
Rudy się najwyraźniej przestraszył tym i pobiegł. Hermiona patrzyła na drzwi ze zdziwieniem. Zastanawiała się czemu nie przywitał jej po tak długim nie widzeniu kobiety jego życia. Szatynka mimo że od dwóch lat nie była w ministerstwie pamiętała gdzie pracował Ronald i Harry. Poszła najpierw do piętra gdzie mieściły się biura aurorów. Na drugich drzwiach zauważyła inicjały R.W. ominęła je i poszła do ostatnich. Był tam Harry który pracował przy biurze i Ginny która siedziała na jego biurku i mu coś mówiła. Ginny pobiegła do swojej najlepszej przyjaciółki i ją przytuliła. Harry popatrzył kto przyszedł i "gapił się" na dziewczynę kilka minut z otwartą buzią.
-Może byś ją przywitał-powiedziała gniewnie Ginny. 
Harry podszedł do Hermiony rozłożył ramiona i rzucił się na dziewczynę całując ją po czole. Następnie do pokoju wbiegła świnia. Harry próbował rzucić na nią zaklęcie petrifikulusa, ale zamiast świni rzucił je na swoją żonę tj. Ginny. Żeby tego było mało świnia przebiegła po niej i wybiegła przez szparę w drzwiach. Harry odczarował żonę i pobiegł powiedzieć innym o świni. Najpierw poszedł do Ronalda i mu powiedział,a później biegał po całym ministerstwie w poszukiwaniu właściciela zwierzęcia. Nagle trafił na Bena z Urzędu Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli. Trzymał on w rękach kozę i pokarm dla świni. Wszyscy zebrali się wokół niego. Nagle przybył Minister Magii i powiedział:
Drogi Benie Smith! Mam nadzieję że zapoznał się pan z regulaminem Ministerstwa, i wie pan, mugolskie zwierzęta i przedmioty wnosi się do swojego biura, aby nie chodziły ani nie robiły szkód dla nas. Proszę więc aby panna Granger pomogła tobie w zaniesieniu tych produktów mugolskiego pochodzenia do biura. Dziękuję za przesłuchanie. Niech każdy już pójdzie do swych biur dokończyć zaległe lub dzisiejsze prace, ponieważ będziemy dziś razem z panem Potterem przeszukiwać wasze dokumenty, ponieważ to stworzenie mogło wyrobić szkody. Dziękuje jeszcze raz. Ukłonił się i poszedł. Harry przypomniał sobie nagle że zapomniał, o tym aby odczarować Ginny! Nie chcący zaplątał jej nogi w magicznych sidłach! 
-----------------------------------------------------------------------------------------------------
Mam nadzieję że się podobało :) nie zapomnijcie skomentować! :D   
                   //Nox

wtorek, 14 stycznia 2014

Desum, Caries i Lilith.

Witojcie podróżni.

Dobra, jedna osoba chciała zdjęcia Desuma i Cariesa. Dorzucam jeszcze foto Lilith, bo nie wiem czy dobrze ją opisałam.

Te zdjęcia są tylko podobne, bo wiadomo że oryginału nie wyrwę sobie z wyobraźni.
Osoby na fotografiach są wyfotoszopowane, bo innych nie udało mi się znaleźć ): Bohaterowie nie są aż tacy wypucowani, spokojnie.
Dobra, to tyle ode mnie. Podziwiajcie.






/ Draconis

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Rodział III - Hogsmeade /Draconis


Rodział III - HOGSMEADE 




Albus Severus, James, Rose oraz Lilith stały na peronie w Hogsmeade.
- Co teraz? - spytała Lilith, depcząc swoim znoszonym butem mech między płytkami.
- Tata mówił, że wujek Hagrid po nas przyjedzie - oświadczył Al i zadrżał z zimna.
- Wujek Hagrid przyjeżdża tylko po pierwszorocznych, czyli po was. Hej, Teddy!
Ciemnowłosy chłopiec odwrócił się i ruszył w kierunku dzieci.
- Co tam, chłopaki? - rozejrzał się z uśmiechem na ustach i poczochrał włosy Jamesa - Och, i panie - skłonił się lekko.
Lilith zarumieniła się.
- Gdzie zostawiłeś swoją narzeczoną? - z niesmakiem powiedział James i zaczął gładzić swą czuprynę - bezskutecznie. Nienawidził bowiem, gdy ktoś dotykał jego włosów.
Teddy pominął pytanie. - Hej, widzieliście co zrobili Desum i Caries?
Desum i Caries byli to dwaj bracia, którzy byli na czwartym i piątym roku w Hogwarcie. Nauczyciele nazywali ich następcami Freda i Georga Weasleyów, którzy podobnie jak bliźniacy, byli niezłymi łobuzami. Obaj bracia pomimo podobnych charakterów i wspólnych pasji, nie byli już tak podobni. Desum był wysoki, z czarnymi, długimi włosami. Jego śniada cera i czarne oczy z długimi rzęsami nierzadko zawracały dziewczynom w głowach. Często chodziło przekonanie, iż ma indiańskie korzenie. Ze względu na jego dobre wyniki w nauce, uhonorowano go posadą prefekta Ravenclawu. Pomimo jego licznych wybryków, wraz z bratem byli bardzo lubiani na terenie całej szkoły.
Caries, natomiast, jest to krótkowłosy rudzielec z jasno niebieskimi oczami, porcelanową cerą i licznymi piegami. W porównaniu do brata jego oceny były kiepskie, co więcej nauczyciele zwykle "szli mu na rękę" podciągając ocenę wyżej. Jedynym zajęciem, z którego był wybitny to Quiddich - należy on do Młodzieżowej Ligi Quiddicha i razem z drużyną odnosi dobre wyniki w różnych eliminacjach.
- No więc tak: siedzimy w przedziale z Viktorią... - zaczął Teddy na co James zrobił kwaśną minę - Nagle wpada Desum i mówi, żebyśmy za 2 minuty byli w wagonie nauczycielskim. Popatrzyliśmy na siebie z Vicky i ruszyliśmy w stronę wskazaną przez chłopaków. Nie minęła chwila, a wybuchło zamieszanie. Rozprzestrzeniał się dym, słychać było rechot żab. Nie wiadomo skąd się to wszystko wzięło. Ale to jeszcze nic - Ted puścił oczko do Lilith, a ta się zarumienila i spuściła wzrok - Nie uwierzycie - ku nam biegł Scorpius...  Malfoy z... ośmiornicą.... na twarzy! - chłopak z trudem wypowiedział ostatnie słowa i wybuchnął śmiechem trzymając się za brzuch - No nie mogę... - po jego twarzy ciekły łzy.
- Kim jest ten chłopiec? - spytała Lilith
- To Scorpius Malfoy - rzekła Rose - Tata mi opowiadał o jego ojcu. Nie mieli dobrych stosunków, nigdy się nie lubili, ale po bitwie o Hogwart przynajmniej darzą się szacunkiem, choć nie utrzymują kontaktów. Tata dalej uważa go za wrednego i złośliwego człowieka.
- Co nie znaczy, że syn musi być taki jak jego ojciec.
- Moja droga, niedaleko pada jabłko od jabłoni - powiedział Teddy, wycierając łzę z policzka.
- Puki nic o nim nie wiemy, to nie możemy go oceniać.
- Ja i tak nie mam zamiaru się z nim zadawać - Albus skrzyżował ręce na piersiach.
- Taaa, no chyba że pójdziesz do Slytherinu.
Chłopiec spiorunował brata wzrokiem. - Nie ważne, gdzie pójdę. I tak będę lepszy od ciebie.
Tłum dzieci zagęszczał się coraz bardziej. Jakaś ciemnowłosa dziewczyna z opaską na włosach przechodząc pchnęła Lilith. - Uważaj, dziwaku!
- PIRSZOROCZNIACY TUTAJ - zagrzmiał głos i spośród tłumu wyłoniła się wielka postura, mierzącego ponad dwa metry pół-olbrzyma.
- James, Albus!! Dzieciaki, jak miło was widzieć! - z uśmiechem na całej twarzy uściskał każdego po kolei - PIRSZOROCZNIACY TUTAJ! - Teddy, Victorie cię szuka. Czeka przy powozach.
- James, idziesz?
- Pamiętacie, że w piątek przychodzicie do mnie na herbatę? - spytał Hagrid, gdy James i Teddy odeszli.
- Jak moglibyśmy zapomnieć. A przy okazji poznaj Lilith - Rose wskazała bladą dziewczynkę obok niej - Lilith, to jest wujek Hagrid. Jest przyjacielem naszej rodziny.
Lil uśmiechnęła się, gdy Hagrid mocno ją uściskał - Witajcie, witajcie. Ciebie też zapraszam oczywiście, Lilith. Upiekę więcej ciasteczek! - zaśmiał się wesoło. - PIRSZOROCZNI!
Trójka przyjaciół skrzywiła się na samo wspomnienie o ciasteczkach Hagrida. Mimo iż pół-olbrzym wkładał całe serce w gotowanie, nie było to jego mocną stroną. Co więcej, były one tak obżydliwe, że nie dało się ich zjeść. Na sam dźwięk słowa 'ciasteczka Hagrida' James robił się zielony na twarzy.
- Z chęcią przyjdę i spróbuję pana ciasteczek.
- O, nie mów do mnie per pan. To mnie postarza. Jestem po prostu Hagrid. - Czy wszyscy już są? - krzyknął - W takim razie za mną!
Ponad 50 nowych uczniów ruszyło za brodaczem w stronę jeziora.
- Nawet nie wiesz na co się zgodziłaś - szepnęła Rose do Lilith.
Hogsmeade było to miasteczko mocno zabudowane i zamieszkałe przez samych czarodziejów. To właśnie tu mieściła się sławna na cały świat czarodziejów cukiernia Miodowe Królestwo.
Młodzi czarodzieje nie musieli wędrować daleko, bowiem jezioro było niedaleko stacji Hogsmeade.
Niebo zachmurzyło się i zaczęło mżyć. Popołudniowe słońce, które przyświecało rankiem w Londynie, teraz schowane było za gęstymi chmurami.
- Wsiadajcie do łodzi - krzyknął Hagrid wystarczająco głośno, co spłoszyło ptaki z pobliskich drzew.
Przy brzegu jeziora stało kilkadziesiąt łodzi, które pomieściły razem po 6 osób. Albus, Rose i Lilith wsiedli razem tylko z gajowym, albowiem Hagrid ważył wystarczająco dużo.
Płynąc przez jezioro uczniowie z ciekawością rozglądali się na boki. Poprzez coraz mocniej padający deszcz próbowali wypatrzeć z dala zarys Hogwartu, jednak bezskutecznie. Wokół jeziora rósł gęsty las oraz zaczynało powoli zmierzchać. Zwierzęta zamieszkujące las szukały schronienia między krzewami i paprociami, próbując uchronić się przed ulewą.
- Jestem cała mokra - narzekała Rose.
- I nie ty jedyna - zauważył Albus - Wszyscy jesteśmy przemoczeni. Lilith wycisnęła wodę z rękawa.
- Jestem pewien, że dyrektor McGonagall pozwoli wam się pierw przebrać w suche szaty, zanim siądziecie do kolacji i Ceremonii Przydziału.
Na sam dźwięk dwóch ostatnich słów mały Al zadrżał.
- Myślicie, że traficie tam, gdzie chcecie?
- Jestem pewna, że trafię do Gryffindoru - wyniośle odparła Rose - Cała moja rodzina była w tym właśnie domu, więc nie widzę powodu, dla którego miałaby umieścić mnie w innym. A ty co myślisz, Lil?
- Dla mnie nie ma różnicy, gdzie trafię. Ważne, abym spotkała tam przyjaciół.
Albus Severus uważnie słuchał dziewczyn, a potem zagłębił się w sobie. Przypomniał sobie to, co powiedział mu ojciec przed wyjazdem. Że zawsze może podpowiedzieć Tiarze Przydziału, gdzie chciałby być.
- No, jesteśmy prawie na miejscu - zauważył Hagrid, a oczom wszystkim ukazała się ogromna budowla Szkoły Magii i Czarodziejstwa.

/Draconis

P.S. Jeżeli chcielibyście mniej więcej zobaczyć jak wyglądają niegrzeczni bracia - piszcie. Nie obiecuję, że znajdę jakieś megazajebiściesuperpodobne zdjęcia przedstawiające owe postaci, ale postaram się oddać mniej więcej ich wygląd zewnętrzny.
Piszcie, jeżeli chcecie.

niedziela, 12 stycznia 2014

Rozdział 2

Po skończonym śniadaniu Harry poszedł z dziećmi na ulicę pokątną. Przedostali się tam proszkiem FIUU.

Ulica Pokątna wyglądała przecudownie! Wszędzie stały sklepy z magicznymi stworzeniami i rzeczami które nabywali różnorodni czarodzieje. Najbardziej rzucający się w oczy był sklep Freda i...Georga. Właśnie tam Harry z James'em poszli najpierw.
-Taato kup mi to-powiedział młodzieniec z błagalną miną i pokazując jakieś proszki.
-Co to jest?- Zapytał się ojciec.
-No nie widzisz to takie ziarenka które powodują że nasze sowy mogą zmieniać kolor-odpowiedział
-Och..-westchnął- Przepraszam pana! Ile to kosztuje?!- zawołał czarodzieja stojącego przy kasie.
-5 galeonów!-odkrzyknął
Harry wziął torebkę obok ziaren i nasypał je tam. Następnie podszedł do lady i podał pieniądze czarodziejowi.
Następnym sklepem był "Kotły - wszystkie rozmiary".
-Ale tu nudno...-jęczał James.-możemy iść do "Markowego sprzętu do Quidditcha" ?
-Nie. Musimy ci kupić kocioł na lekcje eliksirów.
-oj...Tatoooo
-Nie. Spójrz ten będzie chyba dobry.
-Ten? Ja chcę tamten złoty.-powiedział urwis
-Tamten jest za słaby na twoje umiejętności z eliksirów, bo przecież odziedziczyłeś to po mnie.- odpowiedział.
James się naburmuszył i nic więcej nie mówił. Po tym sklepie poszli do Madame Malkin.
Harry od razu rozpoznał ten zapach pasty do butów. Pamiętał jak stał tutaj rozmawiając z Malfoy'em nie wiedząc nic o magii oraz o tym że coś takiego jak Hogwart istnieje. Śmiał się z tych wspomnień, ponieważ teraz to jego ulubione miejsce w którym przebywał. James ustał, a Madame wymierzała strój dla niego.
-Hmm.. Widzę że drugi rok prawda?-zapytała
- Tak proszę pani- powiedział ze drżącym głosem James
-Oh... pamiętam jak szyłam dla ciebie szatę panie Potter. Nie wiedziałam wtedy że to ty jesteś wybrańcem!- Powiedziała patrząc na Harry'ego.
-Tak...Pamiętam tamte czasy kiedy nie wiedziałem nawet co to wybraniec i na każde wspomnienie o moich rodzicach ogarniał mnie ból.
Rozmawiali tak przez półgodziny. Później poszli do upragnionego sklepu Harry'ego i Jamesa.
Jak tylko weszli poczuli zapach pasty do mioteł. Wszędzie stały najstarsze do najnowszych i najszybszych mioteł. James pociągnął Harry'ego za płaszcz. Harry popatrzył w stronę w którą patrzył młodzieniec. Stała tam błyskawica, cała połamana. Ci co podeszli bliżej mogli zobaczyć napis: Miotła Wybrańca.
Harry był zaskoczony że wisi tam jego stara miotła. Po obejrzeniu wszystkiego co było można obejrzeć wyszli ze sklepu i zobaczyli wkurzoną Ginny.
-Harry!-krzyknęła
-Co takiego?
- Zapomniałeś Albusa!!
Harry aż podskoczył. Zapomniał swojego syna. Przeprosił Ginny i syna za nieporozumienie i wyruszył w dalszą drogę po ulicy pokątnej.
-----------------------------------------------------------------------------
Podobał wam się post? Jeśli tak skomentuj! :D                                                                   //Nox

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Rozdział II - Nowa przyjaciółka /Draconis


ROZDZIAŁ II - NOWA PRZYJACIÓŁKA

- Wiesz, kogo ma na myśli? - Spytał Albus swojego brata.
- Nie mam zielonego pojęcia - odparł James

Drzwi do przedziału otworzyły się. Chłopcy zwrócili się ku nim.
- Coś wam podać, kochaneczki? - spytała starsza kobieta z białymi, wysoko upiętymi włosami i pomarszczoną twarzą. Obok niej stał wózek pełen różnokolorowych słodyczy. Były tam między innymi czekoladowe żaby, fasolki Bertiego Botta, lukrowane pająki, musy-świstusy czy gigantojęzyczne toffi.
- Dla mnie dwie sakiewki fasolek, 10 czekoladowych żab, 3 kociołkowe pieguski i 2 musy-świstusy - James wstał i zaczął szukać galeonów w kieszeni.
- Dla mnie sakiewkę fasolek różnych smaków - nieśmiało poprosił Albus.
- To będzie razem 10 galeonów - zatrąbiła staruszka tubalnym głosem uśmiechając się i wręczając chłopcom łakocie.
- Och, dziewczynki. A co dla was?
- My na razie dziękujemy! - zawołała wesoło Rose i wtargnęła do przedziału ciągnąc za rękę blondwłosą dziewczynkę, która z kolei ciągnęła swój ogromnych rozmiarów kufer. Dziewczynka stanęła przy wyjściu i nieśmiało rozejrzała się, gdy Rose tymczasem zamykała drzwi i zasunęła zasłony. Napotkała wzrok Jamesa i od razu spuściła wzrok na swoje znoszone baletki.
- Chłopcy, poznajcie Lilith - Lilith, to jest James - Rose wskazała na wyższego chłopca z rozwichrzonymi czarnymi włosami i bursztynowymi oczami - a to - pokazała teraz na chłopca z burzą czarnych włosów i o zielonych oczach - Al.
- Hej - szepnęła Lilith. Chłopcy przywitali ją z uśmiechem. - Pierwszy rok, hę? - James podrapał się po głowie.
- Tak. Aż tak bardzo to widać? - uśmiechnęła się.
- Ja już mam wprawę w takie rzeczy.
- Przecież ty dopiero jesteś na drugim roku - żachnęła się Rose i skrzyżowała ręce na piersi. - Poza tym na pewno nie zgadniesz kim jest Lilith.
- O czym mówisz? - do rozmowy włączył się Albus.
- O tym, że Lilith jest niezwykła! I ma supermoce! - krzyknęła Rose, ale szybko zakryła usta ręką i upewniła się, że nikt oprócz nich tego nie słyszał.
- Wygląda zwyczajnie - James obejrzał dziewczynę od stóp do głów, na co jeszcze bardziej się skuliła.
- Pokaż im - szepnęła podekscytowana Weasley.
Lilith stała w miejscu i zagryzała wargę. - Nie lubię tego robić... czuję, że wtedy nie jestem normalna. Krępuje mnie to.
- Ja dalej nie wiem, o czym wy mówicie - Al wyglądał na zdezorientowanego.
- No dalej, proszzzzz... - James złożył ręce jak do modlitwy. - Zrobisz to dla nas? - spojrzał na dziewczynkę z zaciekawieniem na twarzy.
- No dobrze, ale strasznie mnie to męczy - uprzedzam. - Lilith zamknęła oczy, oddychając głęboko. Po chwili, gdy je otworzyła jej oczy zmieniły kolor z lazurowego błękitu na czarne jak węgiel. Jej sylwetka powoli zaczęła unosić się ku górze, a stopy oderwaly się od podłoża. Dzieci ze zdziwieniem patrzyły na nową koleżankę, która zawisła teraz nad sufitem. Mały Albus Severus wstrzymał oddech, aż dziewczynka nie zaczęła schodzić w dół. Aż w końcu wylądowała na podłodze, zamknęła oczy. A gdy je otworzyła, znów miały kolor oceanu.
- Wow, to było... niesamowite... bombowe... ja nie wiem co powiedzieć - James był pod prawdziwym wrażeniem. Złapał Lilith za ręce i błagał, aby ta nauczyła go tej "sztuczki".
- Och, Jamie. Gdybyś zapoznał się z nowymi podręcznikami, wiedziałbyś, że to nie "sztuczka", tylko jej prawdziwa osobowość. Bowiem mamy tu do czynienia z pół-wampirem.
- Żartujesz? Wampiry nie istnieją - powiedział James z drwiącym uśmiechem. - Mój tata jest aurorem i gdyby one istniały on pierwszy dowiedziałby się o tym.
- Teraz wampiry są na wyginięciu - Rose aktywowała swój przemądrzały ton. - Przeczytałam ostatnio w "Wszystko o magicznych stworzeniach", że od ponad 150 lat gatunek wampirów powoli się wyludnia, co oznaczałoby, że jest ich teraz na prawdę mało i dlatego twój tata nigdy ich nie widział.
- Co to znaczy być pół-wampirem? - spytał Al.
Lilith usiadła przy zasłoniętym oknie i objęła ramionami swoje nogi. - To znaczy, że nie zachowujesz się jak prawdziwy wampir.
- Może ja odpowiem - Rose usiadła obok koleżanki. - Mam nadzieję, że wiecie czym charakteryzują się wampiry.
Bracia nie odpowiedzieli. - No mają kły i gryzą ludzi zabijając ich lub przemieniając.
- To prawda, jednak mają także zdolność do przemieniania się w różne zwierzęta. Najczęściej są to kruki lub nietoperze.
- To coś jak animadzy? - Albus Severus usiadł naprzeciwko Rose.
- Nie do końca, albowiem animadzy muszą się uczyć tej sztuki przez wiele lat, aż dojdą do wprawy. Wampiry natomiast rodzą się już z tą, jak to nazwałeś Jamie - "sztuczką".
Chłopiec spojrzał na nią spod byka. - Więc na pewno wiesz czym różnią się wampiry od pół-wampirów?
- Oczywiście. Nie wiem za kogo ty mnie masz. Jak mogłabym tego nie wiedzieć? - spytała retorycznie - Pół-wampiry, jak sama nazwa wskazuje, nie posiadają pełni cech, które posiadają ich pełnoprawne istoty - niektóre tylko zmieniają się w zwierzęta, niektóre kąsają, a jeszcze inne mają tylko światłowstręt. 
- No dobrze, ale wampiry nie latają. Więc skąd ta cecha?
- To dlatego, że... - zaczęła Lilith - nie mam jeszcze wykształconej do końca przemiany w stworzenie. Wiadomo, że będzie to zwierzę latające...
- Kruk i nietoperz są najpopularniejsze, jak już wspomniałam - przerwała Rose
- ... jednak nie wiem kiedy ten proces dobiegnie końca. Rozwijają mi się też kły, ale wiem, że nie będę Kąsaczem. Mama mi mówiła, że nie okazywałam chęci polowania, ani fazy księżyca nie były dla mnie szczególnie ważne.
- A jak wiadomo każdy pełnoprawny wampir posiada takie zdolności od narodzin. Hej, patrzcie! - Rose podbiegła do okna - Czy to Hogwart?
- Nie, to Hogsmeade. - odparł Al - Tata mi mówił, że to będzie nasz pierwszy przystanek. Hej, zbierajmy się!
Dzieci z bijącymi sercami ruszyły do swoich kufrów, aby przebrać się w nowe, szkolne szaty.
Po raz pierwszy dokładnie poczuły, że na dobre rozpoczął się rok szkolny i ich przygoda z magią.

--------------------------
Hej, małe pytanko - chcecie aby moje posty były krótsze, ale pojawiały się częściej czy dłuższe ale mniej więcej 2 razy w tygodniu?

/ Draconis

niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział 1- Dzień jak co dzień

   Był koniec lata, wszystkie rodziny szykowały się aby wybrać się na ulicę pokątną ze dziećmi.

Był ranek. Dom potterów wyglądał skromnie ale przytulnie i miło. Był dwu piętrowy, w samym centrum Londynu. Dom był koloru waniliowego z czerwonym dachem. Ogród wokół domu porastały przeróżne ale także piękne krzewy oraz rośliny. Okna były wielkie, a drzwi niewielkie. W środku było wspaniale! salon był cały w bieli i kolorach brązu. Ściany były czyste, tak samo jak podłoga na której leżał perłowy dywan. Sofa jak wcześniej mówiłam jest ciemno-brązowa, obok niej stały dwa jasne fotele. Przed nimi stał duży plazmowy telewizor. Obok niego była biblioteczka. Na przeciwko salonu była kuchnia. Pokryta była czerwonymi cegłami i barwami czerni. Na końcu holu była łazienka i schody na górę. Na górze były 3 pokoje. Pierwszy był James'a i Albus'a. Drugi był Lily, a trzeci Ginny i Harry'ego. Pokój braci był siwy, a meble z ciemnego drewna ( dębu).  Przy oknie stało dwupiętrowe łóżko, obok niego długie biurko z dwoma krzesłami. Pokój Lily Luny Potter był cały w barwach żółci i  szarości. Pokój rodziców był inny. Na tylnej ścianie gdzie stało łóżko była w kolorach brązu, a inne w czystej bieli.
***
Dzień dobry słońce! - Przywitał się z pocałunkiem do swojej żony- Ginny.
Witaj! - Odpowiedziała, a przy okazji puszczając oko.
Mam dla ciebie kawę.- uśmiechną się i dodał- sam ją zrobiłem!
Ginny się zaśmiała i uśmiechnęła się tajemniczo. Następnie usiadła na przeciwko Harry'ego. 
- Nie sądzisz że powinniśmy już iść z dziećmi na ulicę pokątną? - Zapytała popijając kawę. 
-Też się nad tym zastanawiałem. Może pójdę z nimi jutro? Mogę poprosić o wolny dzień.- Odpowiedział.
-Tak, to chyba dobre rozwiązanie.- pokiwała głową na zgodę.- Pójdę zrobić śniadanie dla naszych pociech a ty w tym czasie je obudź. 
Wstał ze stołu i zmierzał w kierunku pokoi dzieci. Wszedł najpierw do pokoju Lily. 
- Pobudka Księżniczko!- Krzyknął.
-Oh..No dobrze, dobrze... Już wstaje...- Powiedziała półprzytomna- tato? A kiedy będę mogła jechać do hogwartu? 
-Za rok kochanie.
-Dlaczego tak dłuuuuugo? Ja chcę teraz! Ja chcę przeżywać takie przygody jak ty i mama! tatoooooo....
-Kotku wiesz że jesteś za młoda... Musimy zaczekać aż będziesz mieć 11 urodziny.A teraz idź na dół do mamy bo robi śniadanie i na pewno potrzebuje pomocy.
Dziwczynka wybiegła z pokoju prosto do kuchni. Harry zmierzał teraz w kierunku drzwi do pokoju Jamesa i Albusa. Zanim przycisnął klamkę usłyszał znajomy odgłos który mówił:
-szybko! kryć się! Tata idzie!
Harry wiedział że to jego rozrabiaki więc pociągnął klamkę i udawał Dumbledore w ich pokoju. Co raz słyszał śmiechy swoich dzieci ale w końcu przestał. 
-James! Albus! przede mną  w szeregu i to już!
James i Albus nie wyszli z ukrycia, ale to jego żona Ginny wyszła i rzuciła mu się na szyje obdarowując go namiętnym pocałunkiem.
-----------------------------------------------------------------------------------------------
To narazie tyle. W drugim rozdziale będzie się o dużo więcej dziać i wooooogle więc radze czekać ;) 
//Nox

środa, 1 stycznia 2014


ROZDZIAŁ 1 - HOGWART EXPRESS



Punkt 11.00 jak co roku Hogwart Express ruszył ku Szkole Czarodziejstwa i Magii, zostawiając w tyle kłęby czarnego dymu oraz tłum wzruszonych rodziców i przyjaciół, którzy długo jeszcze stali na peronie 9 i 3/4 patrząc na oddalający się nieubłagalnie pociąg.
James oraz Albus szybko znaleźli wolny przedział. Ułożyli swoje bagaże oraz postawili swoje sowy na siedzeniach obok.

- Flames jakoś dziwnie dzisiaj wygląda - James spoglądał właśnie na sowę brata. Była to jasno-brązowa sowa płomykówka z dużymi czarnymi oczami. Bracia dzień po tym, gdy dostali list ze spisem rzeczy potrzebnych do Hogwartu, za pomocą proszku Fiuu udali się wraz z ojcem na ulicę Pokątną w celu zakupienia potrzebnych przedmiotów. Gdy przechodzili obok Centrum Handlowego Eeylopa Albus gwałtownie zatrzymał się przed wystawą sklepową.
- Tato! Już wiem jakie zwierzątko chciałbym mieć - zawołał z radością malec
- Naprawdę? - Harry zatrzymał się spojrzał za szybę - hmm... nie widzę tu ropuch ani kotów.
- Ale ja ich wcale nie chcę.
- Przez ostatnie 2 miesiące mówiłeś coś innego. Najpierw, że chciałbyś mieć brązową ropuchę, którą nazwiesz Kremon, a później powtarzałeś, że kot to będzie najlepsza opcja.
- Ale koty są strasznie dziewczyńskie.
- James tak powiedział? - Harry rozejrzał się wokół w poszukiwaniu starszego syna. Jego jednak nie było w pobliżu. 
Albus spuścił wzrok, miętosząc swoją czerwoną bluzę, którą nazywał "gryffindorską" ze względu na kolor, ponieważ jeden z czterech domów w Hogwarcie - Gryffindor, nosił barwy szkarłatu i złota. I to właśnie do niego chciał się dostać mały Albus. 
Wkrótce napotkał wzrok ojca. - Teraz już naprawdę wiem co chcę, tato. Chciałbym dostać sowę. Ale nie taką zwykłą sowę, tylko sowę płomykówkę. Tę - tu wskazał miejsce na szybie - Tato, mogęmogęmogęmogę... ?
Harry westchnął i otworzył drzwi do Centrum Handlowego Eeylopa. Rozległ się odgłos dzwonka. - W takim razie przyjrzyjmy się jej bliżej.
Harry, gdy wszedł i rozejrzał się po pomieszczeniu, przypomniał sobie, gdy był tutaj pierwszy raz z Hagridem. To było ponad 20 lat wcześniej, a wygląda, jakby nic się tutaj nie zmieniło. To było małe i ciemne pomieszczenie, a wokół było wiele różnych gatunków zwierząt. Od czasu, gdy Harry uczęszczał do szkoły, Hogwart poszerzył listę stworzeń o kilka nowych. Wśród nich znalazły się węże, fretki i kruki.
Od samego wejścia rozległ się gwar wszystkich zwierząt oraz ich specyficzny zapach. W środku już i tak małego lokalu był tlum ludzi. Wszyscy spieszyli się z kupnem wymaganych rzeczy.
- Zobacz, tutaj jest. Oto ona. - Albus stał przy dużej klatce z ogromną sową. Harry spojrzał na zwierzę, a ono na niego.
- Jeżeli jesteś pewien, co do tej sowy...
- Jestem! - uradowany Albus zaśmiał się.
- W takim razie kupię ci ją. - Harry wyciągnął sakiewkę z kieszeni.
- To jest on.
- Hę?
- To jest Flames. To będzie jej imię.
- Dobrze więc weź Flamesa a ja pójdę zapłacić.
Albus zdjął klatkę z piedestału, na którym stała. - Witaj, Flames. Myślę, że się zaprzyjaźnimy. 
Płomykówka popatrzyła w duże, zielone oczy chłopca i zahuczała.

James wstał i zaczął szperać w swoim kufrze. - Trzymaj, daj jej to. Chłopiec wyciągnął rękę w stronę brata. Na niej spoczywała paczuszka brunatnego proszku.
- Co to jest? - zapytał Albus, który wziął paczuszkę do ręki i oglądał ją z każdej strony.
- Coś, co pomoże twojej sowie - odparł tajemniczo. - Mojej zawsze pomaga. James obejrzał się do tyłu na swojego puchacza Yeyseya.
Albus otworzył paczkę i wsypał część do klatki. - A tak w ogóle, to gdzie jest Teddy? Myślałem, że usiądziemy razem z nim.
- Nie pamiętasz jak na peronie obściskiwał się z Victorie? Bleh, nie chcę na to patrzeć ponownie.
- A co z Rose? Ona też... - nie dokończył a drzwi do przedziału się otworzyły i stanęła w nich, nie kto inny jak Rose.
- Chłopaki, pomóżcie mi z bagażami. Gdzie wy byliście? Cały czas was szukamy. Przeszłyśmy cały pociąg z tymi kuframi. A ważą one chyba tyle co dorosły hipogryf!
- Skąd możesz wiedzieć ile waży hipogryf, skoro dopiero zaczynasz naukę? - zadrwił James i skrzyżował ręce na piersi.
- No jak to skąd? Przecież w Opiece Nad Magicznymi Zwierzętami wszystko jest napisane. Nie czytaliście książek, które musieliśmy kupić?
- Nie, przecież nikt nam nie kazał, a poza tym nie zaczęliśmy jeszcze szkoły.
- Oj, chłopcy. Przecież to sama frajda czytać o tej całej magii. Mama nauczyła mnie nawet podstawowych zaklęć, których będziemy się uczyć na pierwszym roku. - Rose wyjęła różdżkę - Jeszcze mi trochę nie wychodzi, ale spróbuję. Accio różdżka James'a!
Z kieszeni szaty chłopca wysunęła się mały, brązowy, magiczny patyk. Zawirował w powietrzu i znalazł się w ręce Rose.
- Hej! To nie fair! Oddawaj ją.
- Może trochę grzeczniej - jej twarz spochmurniała
- Mogłabyś mi oddać moją RÓŻDŻKĘ?! - krzyknął chłopiec a jego cera zaróżowiła się.
- Oczywiście. - Rose podała ją Jamesowi, a ten schował ją głęboko w kieszeń.
Rose usiadła przy wyjściu i wyjęła swoją fretkę z klatki.
- Hej, Rose - zaczął nieśmiało Albus - kiedy przyszłaś powiedziałaś, że przeszukałyście cały pociąg, żeby nas znaleźć... - popatrzył na kuzynkę, która bawila się ze swoim zwierzątkiem - Więc kogo miałaś na myśli, mówiąc "my"?
Rose drgnęła. Szybko wstała i wepchnęła fredkę w ręce Jamesa. - Oh, co ze mnie za gapa. No przecież wy jej jeszcze nie znacie. Sama ją przed chwilą poznałam. Jest trochę nieśmiała, ale tylko na początku. Zaraz po nią pójdę. Zaczekajcie tutaj.


Zanim ktokolwiek spróbował się odezwać, Rose była już na korytarzu.

-------------------------------------------

Jak myślicie, o kim mówiła Rose? (;

/ Draconis